Słowacki wielkim poetą, był to nam wbijali w szkołach do głów. Pieniny są piękne tego nikt nam wbijać nie musi wystarczy tam raz pojechać by to wiedzieć i pamiętać.

Z racji odległości a raczej fatalnego połączenia nie bywam to za często ostatni raz kilka ładnych lat temu na zawodach MTB – do dziś mam wyryty obraz łąk z widokiem na Trzy Korony i Tatrami po lewej. Czy zjazd rynną z rzeczką do Szczawnicy. Widok ten mam na zawsze w głowie.

Dlatego nie wahałem się długo przed zapisaniem się na bieg po tym samych trasach, którymi śmigałem rowerem. Udało się załapać na ten bieg bo niestety i tu jest losowanie i nie każdy z chętnych ma możliwość ułożenia sobie startów na przyszły sezon jakby chciał – trzeba liczyć na szczęście podczas losowania. Mnie się udało !

Zbliżał się dzień startu a ja nie miałem transportu – auto musiało zostać w domu. Pojawiła się nieoczekiwanie informacja kolegi biegacza, że ma wolne jedno miejsce z Warszawy. Hmm pomyślałem, czemu nie jechać przez Stolicę ? Zostało załatwienie dojazdu do Wawki tu pomógł blablcar – Pan kierowca BMW serii 7 mknął autostrada A2 z prędkością 200 – 220 na godzinę prowadząc jedną ręką a drugą paląc papierosa równo co 30 minut. Pomyślałem – już po mnie, zginę tu ! O dziwo przeżyłem, płuca trochę bolały po papierosach ale wsiadłem w Pruszkowie do pociągu i pojechałem do Warszawy gdzie po chwili pojawił się kolega Grzegorz.

bws

Tu już inna sytuacja – wiadomo biegacz rozmowa była już normalna 🙂 Po drodze wsiadła jeszcze dziewczyna Grzegorza i kolejny biegacz Tomek. Obaj Panowie postanowili zmierzyć się z Niepokornym Mnichem niemal 100 km trasą. Na dzień dzisiejszy dla mnie to kosmos. Do Szczawnicy docieramy po 21 dla mnie to 12 godzin w podróży niestety :/

Odbieramy pakiety startowe mega mega wypasione 😉 No dobra nie biegamy dla pachnących mydełek i koszulek jak to ktoś powiedział 😉 faktem jest, że jak lubicie taki sympatyczny gest organizatorów jak jakiś żel, napój buff czy cokolwiek innego to sorry tu wersja PURE LIGHT SERIES bez udziwnień – numerek, mapka i worek na śmieci tu jako worek na przepak.

Teraz szybko zlokalizować miejsce noclegu i spać spać spać. Start 9:00 chłopaki o 3:00 😉 Sprawdzam jeszcze po raz kolejny pogodę – ma być na starcie ok 5 a potem do ok 10-12 i pochmurnie, deszcz ok 17 więc pięknie.

Rano jedzonko, szykowanie i na start który mam 600 m od domu. Rześko, ubieram na drogę rękawiczki i wiatrówkę. Na starcie waham się czy jej nie zdjąć, ostatecznie bez ściągania na razie. Start dość dziwaczny – biegnie się wąskim mostkiem na końcu którego są dwa metalowe pachołki 🙂 Dziwne, ale chyba nikt na nie nie wpada ah ta kocia zwinność ultrasów 🙂

13048166_883955301750632_1841015764963398628_o

Pierwsze kilometry to wspinanie się zapewne jak większość i ja zaplanowałem spokojniejszy ten odcinek by w połowie przyspieszyć. Biegnie się bardzo dobrze, jest sucho co rusz widać ośnieżone szczyty Tatr. Organizator przygotował 3 bufety na 13, 23 i 35 km tak +/- . Nawet nie wiem co tam było bo staram się jeść i pić swoje sprawdzone produkty, na drugim skusiłem się izotonikiem i to był błąd bo złapała mnie kolka po kilku krokach. Nie dla mnie chemia jednak :/ Zjadłem swoją kulkę mocy popiłem izo z miodu, cytryny i soli i przeszło, mogłem biec dalej. Od pierwszego do drugiego bufetu trasa pokrywa się z Biegiem 7 Dolin w Krynicy czyli od Prehyby aż do Obidzy, który to bieg pokonywałem kilka miesięcy wcześniej. Jednak nie przypominała mi się ta trasa nic a nic :/ Ot leśne górki i pagórki.  Od Obidzy wg mnie zaczyna się najładniejszy fragment trasy i to jest ten odcinek , który mam wyryty w pamięci. Długie zbiegi i podbiegi łąkami, na których wypasane są owce a w oddali widać i Tatry i szczyty Trzech Koron.

13055194_883994295080066_4417796856548455659_o

Ta część trasy wg profilu wyglądała jak jeden wielki zbieg do mety z drobnymi wypustkami. Wypustki te okazały się ściankami wspinaczkowymi, zarówno wejście jak i zejście z nich nie było szybkie przynajmniej w moim wykonaniu. Ostatnie 2 km trasy to dwa takie ostre niczym zęby rekina podejścia a na koniec zbieg rynną z kamieniami i błotem. Całe 40 km buty były niemal czyste ostatni zbieg zmienił je natychmiast w błotną papkę 🙂 Zostało jeszcze 800 m po kostce brukowej do mety. Planowałem ok 4:30 minut jednak nie dałem rady, założyłem że nie dam rady pocisnąć wcześniej no i 12 godzinna podróż tez zrobiła swoje. Czas na mecie to 4:54 i tak nie jest przecież zły jak na ta trasę o długości 43,3 km i 2000 +.

Co ciekawe, wydawało mi się, że początek biegłem wolniej bo i taki był plan jednak jak wynika z artykułu początek miałem szybszy o 6,61%. Chyba wynika to z faktu, że końcówka to były dość trudne podejścia i zejścia wymieszane z bardzo szybkim zbieganiem. Dużo było szybkiego zbiegania ale widać to podchodzenie i schodzenie zajmowało dużo czasu procentowo, stąd wydawało mi się że biegłem szybciej co nie miało przełożenia na realia.

Meta

Na mecie było piwko oraz makaron. Piwo wypiłem od razu a na makaron wróciłem jak się przebrałem. Potem lekki spacer, rozciąganie i o 20:30 podjechaliśmy na rozdanie pucharów najlepszym zawodnikom. Po ceremonii zwyczajowo jest losowanie fantów dla zawodników, no tu organizator miał swoją metodę na losowanie 🙂 Pominę to milczeniem bo jak mam mówić źle to lepiej nic nie mówić 🙂 Lub można powiedzieć, że losowanie było awangardowe 🙂

Podsumowując, impreza udana bo teren przepiękny, trasa oznakowana bardzo dobrze, pogoda dopisała, startowała polska czołówka biegaczy. Nie złapała mnie kontuzja, buty się sprawdziły po biegu nie mam dolegliwości mogę trenować po regeneracji bez przeszkód dalej. Jednak dla mnie to chyba ostatni raz raczej nie będę tu kolejny raz startować – za daleko, trzeba by tu przyjechać ze dwa dni wcześniej co też generuje i tak niemałe koszty nie licząc wpisowego. Zresztą świetnych imprez u nas czy za granicą jest cała masa a góry są wszędzie piękne. Jednak jak ktoś ma tu szybki i łatwy dojazd to polecam jak najbardziej te tereny.

Teraz czas na Alpy !